Lubił zaś takie zetknięcia z dziewczętami, pasjami to lubił, bo miał pobudliwy temperament i to było dla niego najlepsze zajęcie.
Zdarzały się też oczywiście i dziewczęta, które chętnie się poddawały. Przecież były i takie, które przez życie zostały już wtrącone w poniewierkę dorabiania lub zarabiania na życie tą drogą...
Ale większość, ogromna większość przychodziła tu tylko po pracę, z wielkiej potrzeby. Niezależnie od tego, że nie śmiała stawiać żadnego oporu, głęboko odczuwała całe postępowanie z nimi jako piekącą krzywdę. Tym więcej, że przytłaczająca większość z nich (niedożywione, zabiedzone, niedorozwinięte z nędzy, długo wyczekujące na swój period3 i dojrzałość) nie odczuwała jeszcze wcale w tym wieku żadnych potrzeb płciowych.
To u portiera — to było przecież dopiero małe preludium. Portier właściwie przyjmował dziewczynę warunkowo: czy zostanie, to powie jej po paru dniach majster.
Na zobaczenie się z majstrem dziewczyna czekała czasami w portierni przez wiele godzin. Czasem — zależnie od różnych okoliczności — majster nie mógł „rozstrzygnąć” jej sprawy przed końcem pracy. Zresztą zależało to w ogromnym stopniu od samopoczucia fizycznego i erotycznego pana majstra w danym dniu i od stopnia jego nasycenia, od stanu nerwów, a wreszcie — od stopnia urody i ponętności kandydatki do pracy. Zazwyczaj też majster znajdował prędko chwilę, żeby (po telefonie od Zielaka, że nań czekają) wlecieć do portierni „obejrzeć towar”.
Nigdy się jednak przy tych odwiedzinach przed żadną dziewczyną w portierni nie zdradzał ze swych zamiarów. Zwłaszcza — jeżeli w tym czasie mogło się znajdować w pobliżu paru robotników. Wpadał zawsze, z reguły, z miną bardzo surową, bardzo wyniosłą: nasrożone brwi, ostre spojrzenie. Ale też wzrok miał bystry: sekundy starczyło, żeby obejrzeć i dać pierwszą decyzję. W poszczególnych, szczególnie „pilnych” wypadkach decyzja taka brzmiała: „Masz zaczekać: dziś jeszcze cię potrzebuję do pracy”. Zwykle zaś polecał przyjść nazajutrz. Prawie nigdy już nie odrzucił dziewczyny: tak polegał na badaniach Zielaka, czy też pokrywał się z jego gustem; selekcja była dość dokładna. W każdym razie, czy tego, czy następnego dnia miała być dziewczyna przyjęta, warunek był ten sam. Albo w portierni — to już po godzinach pracy — po wypuszczeniu absolutnie „każdej żywej duszy”, jak mawiali — albo jeżeli pilno mu było, tego dnia podczas pracy, to u niego w kantorku.
Zasadniczo majster Zielnik, jako człowiek rozsądny, rozważny, wszystko świetnie obliczający, nie lubił robić u siebie tych spraw w kantorku i nie bywał rad, gdy go tak pilnie „przychwyciło” podczas godzin pracy. Miał wiele doświadczenia z dziewczętami — „pierwiastkami” — i wiedział, że zdarzały się między nimi „trudne” i albo krzyczeć, albo i bronić się mogły. Wolał nie ryzykować przy świadkach. Gdy już jednak tak się zdarzało „na pilno” i „w ryzyku”, to bywał naprawdę straszny: nie mogło być dźwięku „na opór”. Wpuszczał dziewczynę do kantorku, zamykał od wewnątrz drzwi i mówił całkiem stereotypowo:
— U mnie, nie wiem czy słyszałaś, nie ma dla dziewcząt pracy bez tego — i nie czekając wcale na skutek tych słów, załatwiał szybko swoją sprawę: byle na czym, na podłodze, na materiale, jeżeli się zdarzył w kantorku. Często przy tym musiał usta dziewczynie zacisnąć albo potem dobrze szturchnąć dla karności.
Portier-psycholog ostrzegał go zawsze przed tą pośpieszną i niekonspiracyjną metodą „angażowania” w kantorku „do pracy”, zwłaszcza jeżeli wyczuwał „trudny” wypadek. Radził „przesilić” się i odłożyć. „To ci nawet dobrze zrobi, bo i tak w latach jesteś, Wojtek, do czterdziestki nie masz daleko, a przecież często sobie użyjesz”...
Toteż zazwyczaj sceny te odgrywały się w portierni. Ale też bywały to sceny bardzo urozmaicone i bardzo — dla dziewcząt — dramatyczne. Tylko że dzielny majster Zielnik taki znów miał temperament, że jemu każdy dramat jeszcze więcej wigoru dodawał. I też tylko jeden taki wypadek notowali w swej sekretnej kronice „służbowego” używania, że dziewczyna stawiała dziki opór: gryzła, rwała, drapała, krzyczała tak strasznie, że majster musiał ją zwolnić, wprost wypuścić z rąk, bał się. Ale wtedy (było to już późno wieczorem) — wypadł zaraz za nią na ulicę: rozjuszony, straszny, wściekły tak, że mógłby ją za tę „niekarność” zamordować. Dopadł jej, uchwycił ją za warkocz i wlókł przez pustą ulicę do posterunkowego, ledwo żywą, drżącą, ogłupiałą. Dowlókł: wylegitymował się posterunkowemu, może włożył mu tam coś do kieszeni i choć dziewczyna, szlochając, przedstawiała już policjantowi swoją krzywdę, wcale nie speszył się i upewnił policjanta, że dziewka bezwstydnica: zarażona, po dniu napastowała ludzi wychodzących z fabryki, ciągnąc do siebie. Nierejestrowana prostytutka na pewno, bo jeszcze taka butna, pewno nie bita, a zarazę roznosi!... Przywlókł ją tu, żeby pan władza odesłał ją na jaką komisję, przecie jako majster nie dopuści takiego zgorszenia pod fabryką. Nic nie pomagały łzy i prośby dziewczyny, zaklęcia na rodziców, na swą niewinność. Policjant wprawdzie wyglądał dobrodusznie, ale jak miał jej dać wiarę? Dziewce, kiedy pan majster z wiadomej fabryki, z dobrego stanowiska tak świadczy?! Trzymając dziewczynę za rękę, zagwizdał, a tymczasem uspakajał ją: „No, nie płacz! Miałaś to z nim co, że taki zły na ciebie?! Nie płacz, wielkie rzeczy! Jeżeli nieprawda i jesteś zdrowa, to cię męczyć po szpitalach nie będą, a że zapiszą, to i tak by cię złapali!”