i z ciężką troską, com ją kryła w sobie,

próżno w komorze czekam przez dzień cały

i próżno w nocy do dziesiątej czekam.

Z Ruprechta — ani śladu. Gdy więc z wieży

Zegar dziesiątą wybił, schodzę na dół,

by zawrzeć furtkę, aż tu naraz, patrzę,

coś się w ciemnościach od lip ku mnie skrada.

„Tyżeś, Ruprechcie?” — pytam. „Ewuś” — słyszę.

„Kto to? Kto?” — pytam. „Pst, któż by, Ewuniu?”

„Wyście to, panie sędzio?” — „Ja, Adam”.