O te ostatnie bardzo trudno.

Początek lipca naładował wagony nadpsutym, ludzkim towarem, jaki niszczycielka zdrowia, Warszawa, wysyła co roku do różnych kąpieli i zakładów leczniczych, aby się tam podreparował i służył jej znów przez dziesięć miesięcy głową, rękami, nogami, wszystkim.

Skierniewice dostarczają nowego kontyngensu242 tej lekko szpitalnej załodze. Obywatele z rawskiego, kutnowskiego, łęczyckiego i stron dalszych, z tego dworca zwykle wyprawiają swe żony po silniejsze nerwy i córki po konkurentów do Szczawnicy, Krynicy lub Francensbadu; albo też śpieszą sami zaprezentować swe okazałe kształty i przykopcone słońcem policzki na promenadach Karlsbadu i Marienbadu.

Rozczulenie unosi się w przejrzystym, letnim powietrzu; odgłosy pocałunków mieszają się z turkotem bagażowych wózków; ostatnie polecenia żegnających i żegnanych, krzyżują się najdziwaczniej pomiędzy sobą:

— A ucałuj Kazię ode mnie!

— Wiedeń, poste-restante243, pamiętaj!

— Pozdrów żonę Karola!

— Tylko się nie zazięb, mój złoty!

— Donoś, co w domu... itd.

Na jedną chwilę przecież całą tę wrzawę zagłusza potężny, basowy głos wysokiego szlachcica, który z rozwianą na wiatr płócienną delią244 i pudełkami na każdym palcu, pędzi wzdłuż wagonów, ciągnąc za sobą zadyszaną, otyłą kobietę z czterema parasolkami w jednej ręce i woła: