— Gdzież damskie kupe245? (z akcentem na pierwszej sylabie i szerokim jak wrota e), czy nie ma miejsca w damskim kupe? Panie konduktorze! Gdzież kupe dla dam?
Wołanie to, któremu także śpieszno, rozlega się tuż przy drzwiczkach przedziału dla niepalących i budzi drzemiącego w nim jedynego pasażera.
Jest to widocznie człowiek dbający bardzo o swoje zdrowie i wygody. Pomimo lipcowego ciepła i ciszy, uszy nabił jak armaty dwiema kulami z bawełny, pod głowę położył nadymaną poduszkę, zapiął paltot angielski na wszystkie guziki, a nogi, wyciągnięte na siedzeniu, okrył grubym pledem.
Przyćmione światło wagonowej lampki pada na jego twarz żółtawą i zmęczoną, którą wyraz cierpkiego niezadowolenia i chorobliwej drażliwości przedwcześnie postarzył. Jasne, długie i rzadkie włosy przylegają mu do spoconych skroni, wysuwając się z pod angielskiej, podróżnej czapeczki.
— Panie konduktorze! Damskie kupe, na miłosierdzie boskie — powtarza zrozpaczony szlachcic. — Niechby już dla niepalących. Moja żona dymu nie znosi.
— Wszystkie zajęte; trzeba siadać gdzie można — odpowiada biegnący z latarką konduktor.
— Dobre sobie. Niby to moja żona.... a cóż to? Tutaj całe kupe246 puste! — i przy tym wykrzykniku potężna głowa obywatelska zatarasowała całe okno przedziału, który zajmuje samotny podróżnik.
Ten całkowicie rozbudzony podnosi się z siedzenia z niecierpliwym syknięciem, a poszukiwacz damskiego kupe, przypuszcza szturm do drzwiczek.
— Przepraszam pana, ten przedział zajęty — odzywa się z wewnątrz głos, drżący nerwowem rozdrażnieniem.
Szlachcic ani myśli na to zważać.