— Panie konduktorze — krzyczy na cały głos — co to za porządek u stu diabłów? Jedni na czterech miejscach siedzą, a dla drugich żadnego nie masz. Słyszane rzeczy!
— Ignasiu! Nie rób scen — odzywa się flegmatycznie otyła dama.
— Ależ moja dusiu!... Otwieraj no pan, panie konduktorze, bo jak mi Bóg miły, do książki zażaleń pójdę.
Schwytany za ramię konduktor tłumaczy się, że ten pan prosił, aby nikogo nie wpuszczać, bo jest chory i potrzebuje spokoju.
— Aha! Rozumiem... No, ale i ja proszę — i tu ręka szlachcica zagłębia się w przepaścistą247 kieszeń delii — i moja żona jest także chora i tego —
Prośba musiała być skuteczną, bo drzwiczki otwierają się i wśród ostrej interpelacji dotychczasowego właściciela przedziału i usprawiedliwień zakłopotanego konduktora, wsuwają się do wnętrza najprzód cztery parasolki, a potem bujne kształty niestarej jeszcze i niebrzydkiej kobiety.
Podróżny jest tak zirytowany, iż nie poczuwa się nawet do pewnego obowiązku grzeczności pomożenia damie w układaniu bagaży, a tylko zapakowuje szczelniej uszy watą i syka znowu.
— Przepraszam pana — odzywa się uprzejmie otyła pani, gdy jedno z jej pudełek zsunęło się na jego elegancki sakwojaż248.
Podróżny milczy.
— A roztasuj249 się wygodnie dusiu — upomina mąż, podając jej rozmaite manatki250 — miejsca dosyć. — I spogląda z tryumfem na tego, który mu tu śmiał bronić wstępu. Oho! Szlachta sobie nie da imponować.