Cała ta scena odbywa się w ciągu czterech minut. Teraz zaczynają się pożegnania.
Małżonkowie całują się bardzo rzęsiście i bardzo głośno, jak przystoi na ludzi otyłych i fizyczne rozwiniętych, którzy bywają zwykle hałaśliwi w objawach swoich uczuć.
Blady podróżny spogląda na to z niesmakiem z pod wpółprzymkniętych powiek. Drażni go ta wymiana sentymentów, ze względu na otwarte drzwiczki, gdyż obawia się przewiewu.
Trzeci dzwonek kładzie tamę dalszemu rozczuleniu.
— A pamiętaj Ignasiu, żebyś nie zapomniał — odzywa się jeszcze przez okno pani i ten zagadkowy frazes jest ostatnim, jakim ta flegmatyczna Sybilla żegna swego cholerycznego Numę.
Pociąg rusza. Sykający podróżny wraz z narzuconą mu towarzyszką zostają sami. Księżyc ukryty dotychczas za dworcem, składa im przez okno srebrzystą wizytę.
Księżyc ma sympatię do podróżujących par; wie, że on tylko jeden na świecie ma ten przywilej, że słodkiemu „we dwoje” nie przeszkadza, owszem, witany bywa z upragnieniem. Tutaj przecież przyjmują go obojętnie. Pani porządkuje i liczy swoje pudełka i koszyki, zdejmuje kapelusz i rękawiczki i ukradkiem rozpina stanik pod okrywką251, aby jej lżej było oddychać, sąsiad jej zaś w przeciwległy kąt wagonu zasunięty, kręci się i poprawia, nie mogąc utrafić na równie wygodną pozycję, jak ta, którą poprzednio zajmował.
To go doprowadza do ostatecznej irytacji.
Przeklęta baba. Ale bo też, co się będzie dla niej krępował.
— Wybaczy pani — odzywa się po chwili, wyciągając w całej długości nogi na pustym siedzeniu.