— Nic nie szkodzi — odpowiada ona z niezachwianą, dobroduszną flegmą252.
Uważa przecież, iż okoliczność ta upoważnia ją do zawiązania rozmowy, gdyż nie mając nic wspólnego z braminami253, nie lubuje się w kontemplacyjnym milczeniu.
— Pan zapewne na kurację?
— Tak jest, pani.
— A dokąd, przepraszam że zapytam?
— Do Steinerhofu.
— To tam, gdzie leczą zimną wodą? — ponawia pani, patrząc z pewnym niepokojem na tonącą w półcieniu bladą twarz swego towarzysza. Zimna woda łączy się widocznie ściśle w jej pojęciu z umysłowymi cierpieniami, a wygórowana lękliwość, właściwa otyłym kobietom, nasuwa przypuszczenie, iż trafiła na początkującego wariata.
— Tak jest, pani.
— A ja do Teplitz.
Towarzysz milczy, gdyż co najwyżej mógłby jej na to odpowiedzieć, że go to nic nie obchodzi.