Powody te muszą tutaj istnieć, bo o ściany wagonu obija się lekki okrzyk zdziwienia.

— Przepraszam. Wszak pan * * *?

Na dźwięk wymówionego nazwiska, ten, który widocznie jest jego właścicielem, odwraca się z żywością.

— Tak jest, pani. Z kimże mam zaszczyt...?

— Pan mnie nie poznaje?

Z kolei i on baczniej na nią spogląda. I ją także oświeca księżyc, ale błękitne jej oczy nic jemu nie mówią. Może dlatego, iż się skryły w takich głębinach tłuszczu...

— Doprawdy, zawstydzony jestem; ale...

— Musiałam się bardzo zmienić! Nic dziwnego, piętnaście lat dla kobiety — Ale pan chyba pamięta Wronówkę?

Wronówkę? Wieś należącą do wujostwa tej ślicznej, wiotkiej dzieweczki, w której się tak idealnie kochał onymi czasy, gdy lekceważył pledy, a do waty w uszach miał wstręt nieprzezwyciężony.

— Czy być może! Jakże się cieszę!...