Ściskają się za ręce bardzo serdecznie, ale w sposób, który nie mógłby obudzić żadnej obawy nie tylko w cholerycznym Ignasiu, ale nawet w żonie „Jego”, aczkolwiek ta ostatnia szalenie jest zazdrosną.
Siadają teraz naprzeciwko siebie przy otwartym oknie.
Pociąg pędzi szybko; ciepłe nocne powietrze wlewa się do wnętrza, przesiąknięte wonią pól i lasów, nad którymi wisi przestwór lazurowej ciszy ze swoją srebrną kulą, raz po raz złota iskra jak milcząca strzała przeszyje szarawy obłok dymu i zgaśnie w kropelce rosy na trawie, wpierw się w niej opalem odbiwszy... nie brak nic z tego, co się miało składać na tło i ramy wymarzonego przez tych dwoje spotkania.
Ale oni nie zdają się być skłonni do odtworzenia głównego planu obrazu.
Może nawet w tej pierwszej chwili nie przychodzą im na pamięć wspomnienia snów młodocianych.
Oboje zmienili się bardzo, tak powierzchownie, jak wewnętrznie.
Czternaście lat małżeńskiego pożycia z najpoczciwszym z hreczkosiejów257, czworo dzieci, często chorujących na brzuszek, i gospodarstwo, trzoda chlewna na wielką skalę (medal srebrny na ostatniej wystawie za wieprza „Artusa”) obniżyły do zera temperaturę „Jej” wrzącej niegdyś wyobraźni; „On” zaś będąc zawsze z usposobienia bardziej nerwowym niż wulkanicznym, nie stygł, ale tępiał z latami, przenosząc punkt swojej wrażliwości z poezji na gastronomię, z romantyzmu na sybarytyzm258.
Początkiem tego przewrotu było dlań ożenienie się z córką bogatego fabrykanta z Łodzi. (Epoka przesądów szlacheckich dawno już minęła).
Żona oczyściła mu posagiem hipotekę, a zazdrością zatruła spokój. Od sześciu lat jak żyli z sobą, mąż jedną połowę roku spędzał w podróżach za granicą, a drugą wśród scen domowych. Ponieważ podróże, urozmaicane wszelkiego rodzaju fantazjami, na które sobie nie żałował, sprawiały mu przyjemność, a sprawiały mu ją za pieniądze żony, poczuwał się więc względem niej do tej galanterii259, aby za powrotem słuchać ze stoicką obojętnością wyrzutów i pozwolić jej narzekać i płakać, ile tylko chciała.
Tym trybem życia zdenerwował się tak skutecznie, że w końcu wszystko stało mu się nieznośnym zarówno w domu, jak poza domem. Hipochondryczną troskliwością o zdrowie, którym poprzednio szastał, zanudzał drugich, a udręczał siebie. Doktorzy wysłali go do Steinerhofu; jedzie więc się leczyć, oblany pożegnalnymi łzami zawsze zaślepionej w nim żony, która wymogła na nim obietnicę, że żadna z histerycznych pacjentek tego wodnego zakładu nie zdobędzie jego serca.