Gdyby mogła była przeczuć z kim się spotka!
Mąż, w jednym z rzadkich napadów poufnych zwierzeń, opowiadał jej kiedyś o tej swojej pierwszej miłości, posunął nawet szczerość aż do zrobienia niepotrzebnej uwagi, iż to błękitnookie dziewczę, co się jak cień uroczy przez jego życie przesunęło, było może jedyną istotą, którą prawdziwie kochał. Ale jedno spojrzenie na obecny awatar tego ideału uspokoiłoby najpodejrzliwszą z małżonek.
Tyle ociężałej dobroduszności maluje się w tej twarzy okrągłej, o rysach rozlanych i spospoliciałych, każdy ruch tych obfitych kształtów tchnie takim leniwym zadowoleniem, że trudno byłoby posądzić tę poczciwą kobiecinę o coś równie romantycznego, jak zamach na całość domowego ogniska, przez odgrzebywanie iskier w starych popiołach.
Zresztą jeżeli je odgrzebie, to ot tak! Po gospodarsku, pogrzebaczem przyzwoitej wstrzemięźliwości, przy czym oboje palców sobie nie poparzą.
— Więc to już piętnaście lat, jakeśmy się nie widzieli — odzywa się pierwsza „Ona”. — Mój Boże! Jak to czas leci.
„On” nie znajduje naprędce żadnej odpowiedzi na ten pełen świeżości wykrzyknik.
— Pan się ożenił... słyszałam — ciągnie „Ona” dalej. — Podobno bardzo doskonale?
— Tak, ożeniłem się — odpowiada „On” z nietajonym niesmakiem. — A pani już w rok po... po... naszym ostatnim widzeniu się wyszła za mąż?
Jest jakby lekko ironiczny wyrzut w tym pytaniu, ale „Ona” tego nie czuje.
— W okrągły rok i dwa tygodnie — odpiera dobrodusznie. — Zapisałam sobie datę mego powrotu z wujostwem do Warszawy. Pamięta pan?