„On” spogląda z rodzajem zadumy nie na nią, lecz w księżyc, w którego srebrnych, rozwieszonych w przestrzeni oponach, ukazuje mu się na chwilę jego przeszłość. Ogarnia go jakiś żal estetyczny za tym wszystkim, co było w niej pięknym, idealnym, niepowrotnym.

„Ona” tymczasem mówi dalej tonem swobodnego opowiadania:

— Niech sobie pan wyobrazi: Ostatni list pana odebrałam, kiedy już byłam narzeczoną. Z początku nie wiedziałam, czy go przeczytać, czy nie. Ale potem takem się przecież śmiała!

Musiała się istotnie bardzo śmiać wtedy, skoro na samo wspomnienie czyni to teraz.

— Z mego listu? — pyta „On” trochę dotknięty.

— Ale gdzież zaś! Listy pana były zawsze takie piękne! Mam je wszystkie schowane i zbieram się wciąż odczytać, tylko, że czasu znaleźć nie mogę. Nie! Śmiałam się z siebie samej, żem miała jakieś skrupuły... Bo cóż to jedno drugiemu szkodzić mogło. Boże! Dzieciństwo takie.

— Zapewne! — rzecze „On” sztywno.

Aczkolwiek nosi watę w uszach, ma jeszcze do tyła delikatny słuch na echa wspomnień, aby go w nich ta trywialnie lekceważąca nuta nieprzyjemnie uderzyła.

Jak ta subtelna, wrażliwa natura mogła zgrubieć w ten sposób?

Mimowolnym ruchem cofa się trochę w głąb wagonu.