„Ona” myśli, że mu zimno.

— Może by zamknąć okno? — pyta z akcentem dobrej matki, a po chwili dodaje ze współczuciem:

— Już to widać, że pan musi być bardzo niedobrze ze zdrowiem. Co panu jest?

To pytanie otwiera upusty „Jego” wymowy. Jeżeli lubi jeszcze o czymś rozprawiać, to o swoich własnych dolegliwościach rzeczywistych i urojonych.

— Co mi jest? — powtarza, poprawiając się na siedzeniu. — Niby nic, a wszystko. Rozstrój nerwowy w najwyższym stopniu. Czy może być coś nieznośniejszego! Ja podejrzewam, że źródło tego leży w jakichś ukrytych żołądkowych cierpieniach. Doktorzy zapewniają mnie, że się mylę. Chciałbym temu wierzyć, ale i oni często nie umieją się na chorobie poznać.

— I jak często! Ja na przykład przed trzema laty chorowałem na kamienie żółciowe. To były dopiero męki! A nasz doktor się na tym nie poznał. Dopiero Ignaś...

— Bywają dnie — przerywa „On”, niezaciekawiony, co Ignaś uczynił — że jestem ciągle senny, a zasnąć nie mogę; kiedy indziej znów chodziłbym bez końca, będzie mnie coś niepokoiło, nurtowało, dręczyło do szaleństwa; nie mówiąc już o wściekłych newralgicznych bólach głowy i zębów.

— Mój Boże! Mój Boże! To dopiero! — powtarza „Ona” z przejęciem.

Księżyc jest wprost zgorszony tą rozmową.

Przypomina sobie, że przed piętnastu laty świecił tym dwojgu na ganku wiejskiego dworu kiedy w stawie rechotały żaby, a z pod lasu dochodził pokrzyk derkaczy. Wydaje mu się to tak niedawno, bo w górnych sferach lata zmieniają się na chwile — czyżby to mogli być ci sami? Wtedy na ustach mieli same poetyczne wyrazy! Czar wspomnień, tęsknotę za ideałem, marzenie i miłość artyzm i literaturę... A dziś? Kamienie żółciowe, ból zębów, cierpienia żołądkowe! Co to znaczy? Księżyc chociaż od tylu wieków na ziemię patrzy, zna życie na niej tylko połowicznie, nie ma pojęcia, jakiem ono w dzień bywa, kiedy się z jego srebrnej kąpieli otrząśnie i jak dalece ludzi zmienia. Zarumieniłby się, gdyby mógł, ale że nie może, wiec chowa się tylko za wędrowną chmurkę, pozostawiając oburzającą go parę w półcieniu.