Ach! Półcień częstokroć niebezpieczniejszym bywa nawet od księżycowego światła... któż nie doznał choćby raz w życiu tego elektrycznego wstrząśnienia, jakie w pomroce260 muśnięcie jednej młodej, ciepłej dłoni o drugą wywołuje?
I ręce ekskochanków spotykają się także w tej chwili.
„Ona” sięgnęła po koszyczek, „On” usłużniejszy już trochę, chce jej dopomóc i zamiast za pleciony pałączek, chwyta za jej rękę. Ta ręka pulchna i spocona, robi na nim wrażenie wilgotnej poduszeczki; podczas gdy dla niej jego nerwowo-chłodne, chude palce, mają w dotknięciu coś szkieletowego. To też mimowolny ten uścisk nie wzrusza ich bynajmniej.
— Zje pan ze mną kawałek kurczęcia? — pyta pani, rozwijając podróżne zapasy, przy czym zaczyna tak szeleścić papierami, że zdenerwowany jej towarzysz znowu syka.
— Dziękuję pani.
— Ale to nie zaszkodzi. Tak ślicznie upieczone. Sama pilnowałam, mimo pakowania. Niechże pan chociaż spróbuje. Ja tak sama jeść nie lubię!
I podaje mu za łapkę połowę potężnego kuraka, z którego na pled angielski sypie się tarta z masłem bułeczka.
— Ach! Przepraszam. Trzeba podłożyć papier.
Rozkłada mu na kolanach zatłuszczoną gazetę, z tą gospodarską troskliwością, z jaką zapewne przywykła chronić od plam ubrania swego Ignasia, po czym zabiera się z apetytem do spożywania własnej porcji
— Cóż, smakuje panu? — pyta z pełnymi ustami.