Szeleszczą bibułki, rozrywane dygocącą ręką Staśki; a z ich zmiętych zwojów, niby cud piękna z bajkowych fal, wyłania się alabastrowa kiść, nakrapiana karminem. Silna woń wanilii napełnia izdebkę.
— Mój kwiatek! — woła z upojeniem chora. — Mój kwiatek! Czy znów mi się śni?
— Nie! Nie!
Staśka klęka przy łóżku i składa kosztowną gałązkę storczyków na grubym prześcieradle starej, watowanej kołdry, otulającej wypukłe piersi małej garbuski. Po raz pierwszy chyba te kwiaty zbytku, pieszczochy cieplarni i buduarów znalazły się na poddaszu; po raz pierwszy listki ich, nawykłe muskać atłasy i koronki, dotknęły chropowatego perkalu39.
I po raz pierwszy też niewątpliwie przyniosły sobą tyle czystego szczęścia.
— O! Siostruś! Jakaś ty dobra!
Wątłe ramionka chorej obejmują szyję klęczącej dziewczyny i obie sieroty całują się po przez storczyki, dla których taki pocałunek jest taką samą osobliwością nieznaną jak ubóstwo.
— Wiesz, Stasiuchna; mnie się nawet nie wyobrażało, że to się tak czymś ucieszyć można — szepce Lucia. — I takam40 jakaś... jakbym miała umrzeć ze szczęścia.
— Lucia!... Cicho!... Daj spokój.
— Kiedy mi tak dobrze... tak dobrze... Tylko, tak zostań przy mnie.