I trwają w ten sposób czas jakiś, przytulone do siebie, owionięte waniliową wonią, czując na policzkach atłasową pieszczotę storczykowych listków, po których spływają ich łzy, mieszając się z sobą.
Wtem wchodzi sąsiadka.
— Jakże tam? — pyta z poczciwym uśmiechem. — Bo już myślałam, że z niebożątkiem krucho. Taka się zrobiła bladziuchna jak pasyjka41. A dała panna Stasia lekarstwo? O jej! A co to tak pachnie?
Jak podcięta biczem, zrywa się Staśka z klęczek, chwytając się za głowę.
— Lekarstwo! Jezus Maria!
Przyskakuje do kobiety i porywa ją za ręce.
— Pani Antoniowa! Ulitujcie się... Nie odchodźcie... Ja zaraz... O! Boże miłosierny! Co ja najlepszego zrobiła...
Trzęsącymi się rękoma wydobywa z szuflady pudełeczko z obrączkami. Nie słyszy, że sąsiadka coś mówi, pokazując na leżącą cichutko dziewczynkę i jak oszalała zbiega ze schodów.
W aptece wypomadowany młodzieniec napada na nią z góry:
— Także!... „Tu” się pisze, że pilne. „Tu” się robi na gwałt. A „tu” się nie przychodzi...