— Niech pan daje prędko!
— A pieniądze?
Staśka kładzie na kontuarze42 obrączki.
— Panie... Proszę... To na zastaw... — bełkoce. — Złote... To więcej warte... Ja... kiedy indziej... Panie!
Prawie gwałtem wyrywa mu z ręki flaszkę.
— Panno! Panno! — krzyczy za nią młodzieniec. — „Tu” tak nie można. „Tu” nie lombard. „Tu”...
Lecz Staśka już jest daleko. Żadna istota ludzka prędzej by biec nie mogła, jak ona biegnie. Śmierć przecież bywa jeszcze szybsza. Śmierć wyprzedza Staśkę na czwarte piętro ubogiego mieszkanka dwóch sierot.
Jej chłodne palce wślizgują się pod kiść storczyków, którą konająca cichutko dziewczynka przytuliła sobie do twarzy, i utrwalają w tych wynędzniałych rysach wyraz nieopisanej błogości, ostatnie ziemskie wrażenie wydziedziczonej kaleki.
I doktor ze zdziwieniem spostrzega ten wyraz, gdy w kilka godzin potem staje u łóżka zmarłej, zdziwiony również tak szybkim końcem, i podnosi z ziemi wijącą się w rozpaczy Staśkę.
— Zabiłam ją! Zabiłam! — woła nieszczęśliwa dziewczyna i przerywanym od łkań głosem opowiada doktorowi historię storczyków i spóźnionego lekarstwa.