— Ale, panie doktorze — kończy z pokorą i zapuchłe oczy topi błagalnie w twarzy doktora, jak gdyby szukając w niej przebaczenia dla swej ciężkiej winy. — Ona tak pragnęła tego kwiatka!... I tak była szczęśliwa!... Pierwszy raz w życiu szczęśliwa... panie doktorze. Aż z tego umarła!... Och! Ja sobie tego nigdy nie daruję... Nigdy... Niegodziwa, głupia wariatka, która zamiast lekarstwa kwiaty przynosi.
Ale doktor raz jeszcze spogląda na wypogodzoną niebiańsko twarzyczkę umarłej dziewczynki, odsłania jej sztywne, boleśnie pokręcone nóżki, które nigdy nie byłyby mogły chodzić, dotyka ręką ułomnej wypukłej piersi, której tak trudno było oddychać, a jego mądre, dobre oczy zachodzą mgłą.
— Uspokój się, dziecko — mówi, kładąc łagodnie dłoń na głowie zanoszącej się od płaczu Staśki. — Uspokój się i pociesz. Skąd wiesz, że nie stałaś się narzędziem w rękach Boskiego Miłosierdzia? Nasza nędzna ludzka mądrość usiłowała ratować to życie upośledzenia i niedoli. Mądrość Najwyższa zesłała mu Wyzwolenie.
Doktor nie kończy swojej myśli, lecz, zstępując ze schodów, dodaje w duchu:
— I nie tylko dla tamtej; nie tylko dla tamtej!
Trzy filiżanki czarnej kawy
Młody jeszcze pan Albin wszedł do gabinetu starzejącego się już pana Zenona.
Chód jego znamionował wielkie zniechęcenie, a sposób, w jaki po przywitaniu rzucił się na fotel i wyciągnął przed siebie nogi, podkreślił ten stan ducha jeszcze dobitniej.
— Tobie coś jest — zauważył po pewnej chwili pan domu, obrzucając bacznym spojrzeniem swego gościa, z którym pomimo znacznej różnicy wieku łączyła go przyjaźń serdeczna, trwająca od lat kilku; to jest od czasu, kiedy bogaty i niezależny pan Zenon po długiej włóczędze za granicą osiedlił się na stałe w Warszawie.
— Właśnie, że mi nic nie jest — odpowiedział posępnie zagadniony i zapalił podane sobie, doskonałe cygaro.