— No, to dobrze!

— Właśnie, że źle! To jest stan nie do zniesienia. Chciałbym, żeby mi było coś, żeby...

— Żeby cię bolały zęby na przykład — podsunął z flegmą pan Zenon i rozsiadł się wygodniej, czując, że to jest przegrywka do jakichś zwierzeń.

— Po cóż zaraz zęby! — obruszył się pan Albin, mimo woli jednak dotykając swych po angielsku wygolonych szczęk. — Ty, Zeniu, jesteś czasem taki terre à terre43! Przecież człowiek posiada nie tylko żołądek, mózg i płuca, ma również serce!

— Ach! Tak. Chciałbyś być z sercem w nieporządku... moralnym. Bo chyba o fizyczny chodzić ci nie może, sądząc z przymówki do mojej terre à terre’skości44. A ono, jak na złość, bije sobie równiuteńko, wbrew wszystkim walcom i mazurom, których takie miliony odtańczyłeś w tym karnawale.

Pan Albin spojrzał na przyjaciela z urazą.

— Dobrze ci żartować. Ty już podkreśliłeś swoje życie i zdajesz się być z wypadłej sumy zadowolonym. Ale ja, wyznaję, chciałbym jeszcze dodać do mego parę pozycji...

— Małżeńsko-ojcowskich — uzupełnił pan Zenon. — Znam ten program i, o ile pamiętasz, przyklasnąłem mu szczerze. Ale, zgodziliśmy się obaj, że serce, czyli — inaczej mówiąc — miłość, nie będzie uczestniczyć w tej transakcji.

— Zapewne... zapewne — potwierdził pan Albin chmurnie. — Zgodziliśmy się; ale łatwiej się to przedstawia w teorii niż w praktyce. Doprawdy, nigdy nie przypuszczałem, żeby to była tak diabelnie skomplikowana rzecz zdecydować się na... żonę!

— Tak. Decyzja na... kobietę dokonywa45 się żywiołowo — rzekł pan domu, bardziej do siebie, niż do gościa i zapatrzył się w płonący wesoło no kominku ogień.