Pan Albin zarzucił splecione dłonie na poręcz fotelu i oparł na nich swą piękną, rasową głowę.
— Na kobietę! — powtórzył z nieopisaną goryczą. — Niech będzie przeklęta kobieta... ta, która staje nam na drodze jak kusiciel i wampir; ta, która nam zwarza młodość, psuje duszę, stępia zmysły i wyciśniętego jak cytrynę rzuca, aby iść dalej szerzyć niszczycielskie dzieło swych zdradzieckich, szatańskich uroków... Ja spotkałem taką kobietę... wiesz o tym... a odkąd znikła, jak zniknąć musiała, bo takie kobiety nie zostają nigdy, czuję w sobie pustkę... pustkę... pustkę...
— Którą postanowiłeś zapełnić pozycjami jak wyżej — wtrącił pan Zenon. — Daruj, ale nie rozumiem, w czym ci ta smutna przeszłość, która zresztą nie jednego ciebie jest udziałem, zawadza?
— Otóż zawadza! — wykrzyknął pan Albin z nagłym ogniem — zawadza mi w tym, że... dzięki tamtej, nie potrafiłbym się już zakochać, a potrzebuję, wprost potrzebuję przywiązać się do kogoś, znaleźć sobie towarzyszkę życia. Ja jestem widocznie z innego materiału ulepiony, niż ty, mój drogi Zeniu, pomimo, że nam tak dobrze razem. Ja nie umiałbym zostać tak jak ty pogodnym, miłym innym i sobie, starym kawalerem. Czuję, że zdziwaczałbym, zgorzkniał, albo w łeb sobie palnął. Ty zaś...
— Akceptuję przymiotnik; odrzucam rzeczownik — przerwał pan Zenon, strząsając niedbale popiół z cygara. — Jestem starym, ale nie kawalerem.
— Jak to? — zawołał pan Albin z ogromnym zdumieniem. — Nigdy mi o tym...
— Tak, tak — przerwał znów pan Zenon. — To bardzo dawne dzieje. Zresztą, wiesz, że nie lubię mówić o sobie. Za to słucham zawsze chętnie... Więc, w uzupełnieniu, powiedz mi, czemu ta kampania karnawałowa, w której takie pokładałeś nadzieje, kończy się fiaskiem? Przecież panien ładnych, miłych, wykształconych, dobrze wychowanych, ustosunkowanych — nie dodaję posażnych, bo warunek ten wyrzuciliśmy za nawias — nie brak!
— Tak; ale ja — tu pan Albin zawahał się — ja nie mówiłem ci tego dotąd, albo ja wiem czemu... ja, przede wszystkim szukam... dobrej!
Po raz pierwszy w ciągu tej rozmowy nieruchoma, jakby zastygła, twarz starszego mężczyzny, drgnęła. Szczególny jakiś blask zamigotał w jego szarych, zimnych jak stal oczach i zgasł.
— Ach!... Ty szukasz... dobrej! — powtórzył z dziwnym naciskiem na ostatnim wyrazie.