Pan Zenon skinął głową z uśmiechem wciąż trochę smutnym.
— Do takiego stopnia, że w końcu zmuszony byłem zapalić ją podstępem. Ale słuchaj dalej. Jednego karnawału poznałem trzy panny, które choć, jako typy, zupełnie różne, w ogólnych zarysach odpowiadały tym warunkom, jakie zasadniczo stawiałem w myśli mojej przyszłej żonie.
— Identycznie moja historia — wtrącił pan Albin i popił duży haust wina. Pan Zenon nalał mu drugi kieliszek.
— Nazwijmy, je podług alfabetu: Anielą, Barbarą i Celiną — ciągnął dalej, nie zważając na przerwę. — Otóż podobały mi się wszystkie trzy, z czego wniosek jak na dłoni, że o zakochaniu się w którejś z nich nie mogło być mowy.
— O! Tak, tak! Rozumiem to doskonale! — zawołał młody człowiek z przejęciem. — To rozpacz, ile tych panien podobać się może. I bądź tu z tego mądry!
— Właśnie. Ale mi nie przerywaj, bo nigdy nie skończę. Widywałem wtedy moje trzy... jakby je nazwać...
— Projekty konkursowe — poddał niepoprawny pan Albin, ale tym razem pan Zenon, zamiast napomnienia, uśmiechnął się znowu.
— Niech i tak będzie. Widywałem je zatem dość często i każdą w innych kołach. Panienki te nie znały się pomiędzy sobą; nawet na balach publicznych nie spotykałem ich nigdy jednocześnie. Istniał przecież pomiędzy nimi jeden wspólny rys: chciały sobie w karnawale wytańcować męża, tak, jak ja obrałem tę porę roku na wytańczenie sobie żony. Nie widując ich przeto razem, nie miałem żadnego dotykalnego, że tak powiem, punktu porównania, ani orientacji. Gdy byłem przy pannie Anieli, zdawało mi się, że zapominam o Barbarze i Celinie; ale gdy nazajutrz zobaczyłem Barbarę, szła w kąt Aniela i Celina — i tak omne trinum perfectum51. Sytuacja stawała się w wysokim stopniu męcząca. Gdyby chociaż która z nich była się we mnie zakochała... to może i przeważyłoby szalę. Ale nie... Takie karnawałowe panny są znakomicie opancerzone... Miłość... to dobre latem dla zabicia wiejskich nudów; od tego są kuzynkowie-studenci, przyjeżdżający na wakacje, lub korepetytorowie młodszych braci... Ale karnawał... to coś całkiem serio. Że każda z tych trzech panien z pośpiechem byłaby mi oddała swą rączkę, o tym wiedziałem doskonale: byłem zbyt dobrą partią. Wybór tedy52 ode mnie zależał... Chodziło tylko o to, aby był trafny... aby padł na tę... dobrą... tę... najlepszą. Należało się więc upewnić... znaleźć sposób wysondowania ich dobroci... Długo przemyśliwałem nad tym; wreszcie znalazłem!
Pan Albin aż się porwał z fotela.
— Zbawco! Znalazłeś taki sposób?