Pod wpływem takiego nastroju zaproponował wspólną ”bumblerkę”91 z przyjacielem. Wzięli więc vetturę92, i pojechali na San Miniato i Plac Michel Angelo, by stamtąd popatrzeć przy księżycu na bajkowo uroczą panoramę Florencji.

A wracając wstąpili do pierwszorzędnej restauracji na kolację z Asti spumante93 i było już dobrze koło drugiej, kiedy wreszcie znaleźli się na swojej ulicy.

Noc, po ciepłym wieczorze uczyniła się, jak to często bywa we Florencji, bardzo chłodna. Tadeusz niepokoił się o żonę i co chwila poprawiał na niej troskliwie fałdy oszytej marabutami94 etoli, a ona tuliła się do jego boku i ten powrót pod wspólny dach, mający wnet osłonić ich pieszczoty i spoczynek, napełniał ich jakąś subtelną rozkoszą, którą oboje wyczuwali w sobie wzajemnie.

Ulica pięła się trochę pod górę i była w tej chwili zupełnie pusta.

Nagle, na środku jej, w pewnym oddaleniu, jakby spod ziemi ukazała się postać kobieca.

Widocznie musiała wyjść z jakiejś przecznicy i teraz zaczęła z wolna postępować naprzód z pochyloną głową, z rękoma zanurzonymi w kieszenie białego, trykotowego płaszcza, który obciskał jej smukłe kształty jak futerał.

Pomimo nowego przebrania, pani Walunia poznała ją natychmiast.

— To ona — szepnęła, pokazując ją mężowi.

— Może chcesz się z nią przywitać i zaprosić do nas na jutro na lunch? — zażartował Tadeusz.

— E, Duśku, daj pokój. Mnie jej żal. Ona musi być bardzo nieszczęśliwa. Patrz, jak wolno idzie, jaka zmęczona...