— Zwyczajnie, jak myśliwy, który się za zwierzyną nachodził — odparł Tadeusz niedbale.
Kobieta istotnie ledwo się wlokła. Jakiś niewidzialny ciężar zdawał się leżeć na jej ramionach i przytłaczać ją do ziemi.
Kroki idących trotuarem rozlegały się głucho w pustce pałaców, brzeżących obie strony wąskiej ulicy swą ponurą, minioną świetnością.
Ona jednak zdawała się ich nie słyszeć, tak samo, jak zdawała się nie widzieć, gdy tamci nadeszli i znaleźli się z nią na jednej linii. Tylko głowa jej pochyliła się jeszcze niżej, a ręce, zanurzone w kieszeniach, przycisnęły się instynktownie do bioder, jak gdyby uczuła raptem wielkie zimno.
Mimo to musiała ich poznać, bo zwolniła jeszcze kroku, a skoro ją minęli, szła za nimi wciąż w pewnym oddaleniu i przeprowadziła ich tak aż do drzwi wspaniałego ongi95 pałacu, dziś zamienionego na pensjonat, w którym mieszkali.
Nazajutrz pani Walunia otrzymała olbrzymi bukiet najpiękniejszych białych róż, konwalii i magnolii, związany białą, morową wstęgą, do której przypięty był liścik.
Na bileciku dużym, niewprawnym pismem czernił się napis: Alla bella e soave signora Polacca96, a wewnątrz tylko te słowa: ”W hołdzie i podzięce od tej, której się już nikt nie kłania”.
Pierzchliwe Dziecko
Na świecie, jak wiadomo, różne bywają czasy: złe, dobre, najgorsze i najlepsze. Wprawdzie tych najlepszych ludzie nigdy ocenić nie umieją, a o najgorszych powtarzają uparcie, że są, gdy dawno minęły. Ale to inna rzecz.
Były jednak ongi97, niesłychanie, bajecznie dawno takie czasy, które dziś nazwalibyśmy nijakimi. Trwały krótko i to było całe szczęście, inaczej bowiem ludzkość byłaby wymarła z nudów i oblepiającej dusze, jak galareta dziwnej, mdłej beztroski.