Nic ich bardzo nie smuciło i nic bardzo nie radowało. Wszyscy okuliści (boć98 na ślepotę za czasów Tobiasza leczono) przerzucili się do innych zajęć, nikt bowiem nie cierpiał na oczy, które nie znały co to łzy, ani mgła wzruszeń, lecz patrzyły przed siebie jasno, wyraźnie i... tępo.
Ludzie byli krótkowidzami, nie czując tego, gdyż nie znajdowali się pomiędzy nimi tacy, którzy by wzrokiem sięgali w dal i ukazywali innym to, czego tamci dostrzec nie mogli.
Nie była to przecież najdziwniejsza cecha tych dziwnych czasów. Najdziwniejsza polegała na tym, że ludzie nie znali młodości. Z dzieci stawali się od razu osobami dojrzałymi, w tym znaczeniu, że już o żadnym rozwoju duchowym nie było mowy; byli spokojni, zrównoważeni, trzeźwi, obce im były wszelkie porywy i śmiałe rojenia, co drwią z rzeczywistości, a sercom rozkosznie bić każą: i przeżywali w tym wieku średnim, szarym, długie lata, po czym przychodziła nagła starość, niedołęstwo zupełne i wnet potem śmierć.
Jednakże trafiali się w owych czasach uczeni, którzy twierdzili, że taki bieg życia jest nienormalny i że młodość nawiedza owych ludzi we właściwym czasie, tylko w nich samych, zrodzonych ze związków apatycznych i jakby z musu, nie ma jakichś wewnętrznych haczyków, nazywających się wyobraźnią i zapałem, a potrzebnych do pochwycenia młodości za jej lotne skrzydła i przytrzymania w duszy i ciele; ale ogół nie wierzył temu i wzruszał obojętnie ramionami.
„Co nam po młodości” — mawiano — „co byśmy z nią robili? Młodość, jak o niej głoszą podania, miała być bardzo piękną, ale i bardzo niebezpieczną epoką życia. Popełniane w niej błędy mściły się na całej przyszłości, a największa liczba samobójstw, pochodziła z młodzieży obu płci, co dowodzi, że ten zachwalany skarb musiał im się dawać porządnie we znaki”.
Tak rozumowali ludzie czasów nijakich, przeplatając swe dowodzenia ziewaniem. Prócz owej garstki uczonych, nie było komu sprzeczać się z nimi, a i tamci, wypowiedziawszy swoje przekonania, nie zadawali sobie trudów apostolstwa. W ogóle dyskutowano jak najmniej, skąpiąc słów. Mowa ludzka wyjałowiona była z wielu określeń, bo nie mogły się upominać o nazwę pojęcia, których brakowało. Nie znano na przykład wyrazów: miłość, nienawiść, poświęcenie, zdrada i mnóstwo innych.
Nikt pod nikim dołków nie kopał, bo dla wszystkich stały otworem szlaki tak gładkie, równe i z powodu nie istniejącego współzawodnictwa jednolite, że każdy szedł w szeregu odpowiednim do swego uzdolnienia i sam nie poszturchiwany, nie przynaglany, innym w drogę me wchodził. Nie zdarzało się też, aby ktoś plótł niedorzeczności lub robił głupstwa, które mają tę dobrą stronę, że można się z nich uśmiać do łez.
Nawet kobiety były wstrzemięźliwe w sądach i mało się zajmowały losem swoich bliźnich, co jedno wystarcza, aby ocenić jak dalece cudacznymi i nie do wiary wydawać się mogą owe czasy nijakie.
Uroda u tych istot bezbarwnych stanowiła sprawę drugorzędną. Łączenie się w pary było obowiązkowym, i każda kobieta brzydka czy ładna musiała dostać męża; jeżeli nie na wyłączną własność, to na współkę, więc dziewczęta nie troszczyły się o powaby i nie zazdrościły ich sobie nawzajem.
Tajony antagonizm dwóch płci, czający się pod różanymi girlandami99 Erosa100, nie istniał również. Mężczyźni i kobiety spoglądali na siebie, jak na dwie połowy całości, przeznaczonej do podtrzymania gatunku; poza tym nie było pomiędzy nimi żadnego serdecznego łącznika, żadnych namiętnych powikłań. Przeniewierstwo małżeńskie i rozwód, należały do owych nieistniejących pojęć tak samo, jak rozpacz zawiedzionego kochania. Jedynie matki umiały rozpaczać nad trumnami dzieci, bo przywiązanie macierzyńskie było w owych nijakich czasach czymś, co mogło się uważać jako przeżytek czegoś minionego lub zwiastuna czegoś, co miało dopiero przyjść.