— Nie, pani. Zapewne jeszcze nie wychodził z hotelu, bo mówił mi, że z rana przyjmie jeszcze u siebie paru pacjentów.

— Ach! Tak.

Nastała chwila milczenia.

Wtem pani Idalia drgnęła. Grono, które niosła do ust upadło ciężko na jej kolana i splamiło biały szewiot19 jej rannego kostiumu, a gwałtowny szkarłatny rumieniec, jakim tylko anemiczne, nerwowe osoby umieją się rumienić, zalał całą jej twarz i szyję.

Spojrzałam. Z furtki hotelowego ogrodu wyszedł doktór ogromnie elegancki w swych jasnych flanelach i kierował się w stronę mostu, by przejść na drugą stronę Passery, czyli na tę, po której siedzieliśmy we trójkę. Widać go było jak na dłoni.

Pani Idalia cała zamieniła się we wzrok. Oczy jej zdawały się wyskakiwać spod bladych rzęs i biec na spotkanie tego pięknego, niedbale idącego przed siebie mężczyzny i zastępować mu drogę z niemym błaganiem. A jeśli nie odczuje, nie zrozumie i...

Tak mi się zrobiło jej żal, tak mnie przejęła litością, że zwróciłam się do mego sąsiada i rzekłam:

— Niech pan będzie łaskaw pójść powiedzieć doktorowi, że my tu jesteśmy. Z pewnością zechce się z nami przywitać, a może i pójść na spacer.

Pan Emil poskoczył, a pani Idalia znów zaczęła mnie ściskać za ręce. Drżała przy tym febrycznie na całym ciele.

— Jaka pani dobra!... Jaka pani anielska... Ja sama nigdy bym się nie odważyła. Ach!... Choćby jedną godzinę jeszcze przebyć z nim razem, jedną, jedyną godzinę... Ach! Pani!