— Was zabieram do zamku — rzekł do hrabiostwa Trestków.
Dzień już był zupełny, gdy ordynat ze swym orszakiem opuszczał pogorzelisko. Rozpalone ruiny buchały jeszcze ogniem. Strażaków kazał ordynat zastąpić innymi ludźmi. Rozdzierano zgliszcza bosakami; kobiety zalewały pojedyncze ogniska wodą, dźwiganą niemal z pasją. Całą złość i żal tłum wywierał teraz na ogniu. Pastwiono się nad nim, obrzucano błotem, rwano w kawały. Nastąpiła istna orgia zawziętości. Kobiety wśród przekleństw ciskały się na płomienie jak hieny. Obraz przedstawiał okrutne zniszczenie rozpasanego żywiołu i zwierzęcą zemstę ludu.
Ordynat miał na ustach ironiczny uśmiech.
— Nazywają moich ludzi kulturalnymi, a ot, patrzcie — rzekł do Trestków.
— Barbarzyńcy! Nie trzyma się ich kultura — odpowiedział hrabia. — Daremny trud. Najlepiej machnąć ręką.
— Nie: stale kulturę dawać, aż ich przetrawi — odrzekł Michorowski. Pani Rita utkwiła w nim oczy pełne uwielbienia. Jechano w milczeniu po chrupkim śniegu, poplamionym czarnymi głowniami i kupami sadzy. Nagle hrabia zawołał:
— Jest! Idzie banda!
Ordynat, widząc zbliżających się robotników, skrzywił usta z niesmakiem.
— Czego oni ode mnie chcą?...
W oczach odbiła mu się nuda. Był zmęczony.