Z jękiem, szlochem i chrzęstem kolan na śniegu, robotnicza gromada otoczyła Apolla. Wrzaskliwa ruchoma ciżba błagała o litość.
— Daruj, jasny panie! My ogłupieli!... Nas odurzyli... Ale my wierni. Nie wypędzajcie, jasny panie... Nie posyłajcie do turmy6. Służyli będziemy darmo, gdzie jasny ordynat każe.
— Miłosierdzia, panoczku! litości! Darmo służyć będziem — zawodziły kobiety.
Ordynat znudzonym ruchem poruszył głową.
— Nie chcę waszej krzywdy, ale... nie lubię buntów.
— Miłosierdzia, panoczku! Nie wyganiaj nas... ratuj!
Skomlenia kobiet i błagające oczy mężczyzn utkwione w ordynata, rozdrażniły go. Cisnący się tłum, czarny, osmolony sadzą, buchał spalenizną i surowym zapachem potu. Michorowski stracił cierpliwość, nerwy odmawiały mu posłuszeństwa. Rzekł jeszcze spokojnie:
— Ja was nie wypędzam, ale teraz idźcie spać i mnie dajcie odpocząć.
Ruszył koniem naprzód.
Zdumieni jego spokojem i niespodziewaną obietnicą, ludzie stali w milczeniu. Gdy ocknąwszy się, posyłali za nim błogosławieństwa, ordynat był już daleko.