— Ale do księcia jestem przysłany przez mego wuja, który nawet księciu nie pozwoliłby na ubliżanie mi, tym bardziej panu — odparł Bodzio.
Zawrócił i poszedł w las, nie zważając na Holewicza.
Bohdan od tej pory przeważnie zajmował się sprawami administracyjnymi. W pole wyruszał w chwilach wolnych lub w święta; wówczas swobodnie puszczał myśli w lot bezkresny.
XXXII
Z kancelarii Holewicza Bohdan wyszedł uśmiechnięty. Zręcznie wskoczył do bryczki i ruszył w drogę. Jechał do sąsiedniego majątku, Hulanki, do obywatela Wyroczyńskiego. Wiózł tam jakieś rachunki, pieniądze i list od Holewicza.
Bodzio cieszył się podróżą kilkumilową po pięknych okolicach wołyńskich, a wraz z nią — swobodą.
Gdy bryczka wytoczyła się z folwarku na drogę wśród dojrzałych zbóż, Bohdan zaczął gwizdać. Radośnie biegał wzrokiem po falistych rozłogach, strojnych w perskie dywany ozimin i jarzyn. Uczuł zadowolenie i błogi spokój. Te kilka godzin, które miał przed sobą, wydawały mu się nową erą jego obecnego życia. Puścił wodze fantazji i wpadł w zadumę, chwilami tęskną, chwilami graniczącą z szałem.
Zły był, gdy w samo południe bryczka stanęła przed gankiem w Hulance.
Młody Michorowski wszedł do sieni.
Ukazał się lokaj w błyszącej liberii, na której złote guzy biły się z lampasami, lampasy z mniejszymi guzikami i kampasikami. Wszystko razem oślepiało i zarazem drażniło.