Bohdan patrzył na jaśniejącego lokaja niby na błazna z lichego cyrku. Usta złożyły mu się do uśmiechu.
— Czy jest pan?
Lokaj nic nie odpowiedział; otworzył drzwi i wpuścił Bohdana do dużego gabinetu.
Michorowski rozejrzał się. Był sam.
Rzucił kapelusz na krzesło i przechadzał się wzdłuż pokoju, rozprostowując nogi po podróży. Z ciekawością oczekiwał Wyroczyńskiego. Wiedział o nim, że jest bogaty, że się „jakoś tam tego” dorobił majątku, że jest bardzo sprytny i dumny.
Przepych gabinetu w tym samym stylu, co liberia lokaja, nasuwał pytanie, w jakim „rynsztunku” wystąpi właściciel.
Bohdan czekał długo, chodził, chrząkał, kaszlał.
Drzwi skrzypnęły. Wszedł Wyroczyński.
Jego okrągła figura zarysowała się w gabinecie okazale. Upierścienione palce zanurzył lekko w kieszeniach ubrania i spojrzał na Bohdana spod brwi, schylając głowę, jakby patrzył pod światło.
Michorowski skłonił się uprzejmie i podszedł bliżej w celu powitania. Miał już wypowiedzieć swe nazwisko, gdy osadził go na miejscu sztywny bas Wyroczyńskiego.