Dla przeogromnego współczucia, które wszakże nie jest nawet podnóżkiem uczuć miłosnych?...
Dla kilku roznieconych pożarów we krwi, która zgoła nie płonie?...
Dla nędznych podniet ciała?...
Nie, nie! Przenigdy nie!
Waldemar zdusił w sobie wzruszenie, siłę zamknął w swym postanowieniu.
Aby odważnie.
Lucia, nie słysząc jego głosu, wyczuwała drżenie jego ramienia. Pochylając głowę, włosami dotknęła jego twarzy.
Waldemar stał chłodny, otworzył usta, ale słowa ciężkie z trudnością mógł wydobywać z piersi.
— Luciu moja... Dawno już widzę... czuję... że... ty...
Słuchała, bez tchu, nie widząc się nawet brzmieniu tych słów. Były ciche, łagodne, a złowrogie. Może straszne?...