— Nawet nie cierpiałem. Ale samej rezydencji i Ponieckich. Kraj kocham i lud kocham. Wszystko to harmonijnie dostraja się do mej natury; to tak, jakby kto buńczuk omotał w pajęczynę melancholii. Cudny kraj!
Ordynat spoglądał na sylwetkę profilu kuzyna na tle szyby i myślał nie bez wzruszenia:
„To porównanie, jakie zrobił do Wołynia, stosuje się do niego... Buńczuk owiany melancholią i poezją, i zapałem, lecz... złamany!... Jednak takiego warto ratować... To jeden z tych Michorowskich, którzy nie umieją słuchać, ale potrafią przewodzić”.
Ordynat czuł, że w sercu wzbiera mu uczucie dla Bodzia — niemal ojcowskie.
Sam nad sobą zamyślił się poważnie, gdy byli już blisko Szwajcarii.
I oto na granicy pierwszego kantonu Waldemar zmienił nagle swój projekt.
— Wracamy do Głębowicz — rzekł do Bohdana.
— Jak to, wuju?!... Myślałem, że teraz wahać się już nie będziesz co do Luci i że po to jedziesz...
— Ona jest narzeczoną Brochwicza.
— Ach! — skrzywił się Bodzio. — Wuj w to wierzy? Sam fakt niczego nie dowodzi. Ona Jerzego nie kocha.