— Luciu! Na miłość Boga!...
Załamał mu się głos bezradnie.
Upadł na fotel i schował twarz w dłoniach. Ona płakała.
Ponura cisza smutnych przeznaczeń omotała ich tragicznie.
On pierwszy ocknął się z bolesnej wrzawy duchowej.
Wstał i ręce jej przytulił do piersi.
— Cicho, dziecko... nie płacz. Wiedziałem... o twych uczuciach i... walczyłem. Na tarasie wówczas postanowiłem cię ostrzec. Pamiętasz?...
Lucia wyrwała rękę z jego uścisku i zakryła mu usta.
— Nie mów! Nie mów więcej. Niech ta złuda zostanie, ten jedyny błysk.
— Luciu, źle mnie wtedy zrozumiałaś.