Odetchnął spokojnie, lecz zanim wyszedł do salonu, gdzie go oczekiwano, przebył ze sobą krótką, ale straszną walkę. To, co miał uczynić, pruło mu żyły. Zatamował krzyk protestu wyrywający się z wyżyn ambicji i wyszedł do sekundantów zimny, poważny. Był zwycięzcą — samego siebie.

Przyjaciele Bohdana zrozumieli inaczej. Postawa Brochwicza wydała się im groźna.

„Podyktuje ostre warunki” — pomyśleli jednocześnie.

Po wymianie ukłonów starszy z panów wyjawił cel ich wizyty. Hrabia słuchał bez wrażenia i milczał.

Sekundanci spoglądali na siebie porozumiewawczo, nie pojmując zachowania się wyzwanego.

Nagle Brochwicz rzekł głosem stanowczym, ale zupełnie odmiennym niż zwykle.

— Ja z panem Michorowskim pojedynkować się nie będę.

Sekundanci się zdziwili.

— Jak to?! Hrabia odmawia pojedynku, będąc wyzwanym? — spytał jeden ze świadków Bohdana.

— Tak, odmawiam zadośćuczynienia z bronią w ręku.