— Hrabio! Jaki pan ma powód?!...
Brochwicz spojrzał im śmiało w oczy, wzrokiem jasnym, prawym.
— Panowie! — przemówił dobitnie. — Obraziłem pana Michorowskiego bardzo poważnie i z rozmysłem. On był wyrozumiały, ja zaś niesprawiedliwy. Cisnąłem mu obelgę niesłusznie, prawda jest po jego stronie.
Świadkowie mieli miny niesłychanie zdumione.
Jerzy, głosem załamanym, ciągnął dalej.
— Proszę panów zawiadomić pana Michorowskiego, że gotów jestem przeprosić go, gdyż uznaję się winnym. Jeśli wówczas zechce on pojedynku, będę do usług. Żegnam panów.
Hrabia cofnął się do gabinetu.
Miał wrażenie, że zdmuchnął ostatni płomyk w świątyni, w której królowała Lucia, owiana dymem tajemniczym ułudy.
Buchały mu w mózgu wulkany, ziejąc ogniem i lawą rozpaloną. Coraz więcej ich przybywało i coraz wścieklejszych. Jerzy pragnął śmierci, lecz nie z ręki Bohdana, nie w pojedynku o Lucię. Tęsknił za czymś, co mu dać może zapomnienie.
W parę godzin potem, kiedy Brochwicz drażnił się już brakiem wiadomości od Michorowskiego i miał do niego jechać, nagle sam Bohdan zjawił się przed zdumionym hrabią.