— Ja także! Więc może i pan znajdzie... wschód?! Nowy, odmienny, prawdziwy wschód!
Mocno ścisnęła palce Brochwicza i prędko wbiegła do wagonu.
Hrabia ścigał oczyma znikający pociąg, który unosił Lucię, wytężał wzrok, by do ostatka nie stracić ani jednego szczegółu, ani jednego ruchu uciekającej masy wagonów. Krwawa łuna rozlała się w źrenicach Jerzego i przez nią widział szczątki swego snu.
Gdyby nie przytomność umysłu, Jerzy rozdarłby piersi swoje i pokazał pustkę w nich — czarną jamę, wyżłobioną przez gorycz, przez rozpacz, przez zawód bolesny.
„Ona mi na końcu o wschodzie mówiła” — myślał błędnie.
Jaki wschód? Czy dla niej świta?...
Wschód dla mnie... Ha, ha!
Brochwicz zapragnął nagle ruchu, gwaru. Ujrzał w wyobraźni morza, oceany, góry lodowe, skały nieprzebyte. Usłyszał krok bałwanów, zgrzyt wichru o maszty, trzask, łomot lodowców.
W podróż! W podróż!
Uczuł szaloną wolę, konieczność podróżowania...