— Ja?... Ja?... Mam czytać, coście nagryzmolili?! Won stąd, gałgany! Palić mnie jeszcze będziecie?... Grozić... Ja was postrzelam, jak psów.

— A dobrze!... To będziema się bić — rozległy się urągliwe głosy.

Hrabia, nieprzytomny z gniewu, zziajany, krzyczał, klął i bił się po kieszeniach, szukając broni.

— Zabiję!... Zabiję, jak psów!...

Wyglądał komicznie. W szalonej pasji skakał, rzucał się, blady, spocony, z rozwścieczonymi oczyma.

W gromadzie powstał śmiech. Zaczęły się żarty.

Nagle w drzwiach stanął ordynat, spokojny, surowy, z groźną fałdą pomiędzy brwiami. Wszedł i zatrzymał się chwilę.

Tłum drgnął i umilkł, jakby ludziom zamurowało usta. Wyprostował się służbowo.

Trestka, nie widząc ordynata, nie mógł pojąć dziwnego zachowania się zuchwałej gromady i zdumiony również zamilkł. Obejrzał się. Ordynat podchodził wolno. Teraz hrabia zrozumiał. Złość i śmiech szatański zasyczał w jego głosie. Zawołał nagle ucieszony:

— Ha, Łotry!... Chamy przeklęte!... Nie spodziewaliście się, że jest ordynat!... A co! Języki wam stanęły w miejscu? Hultaje!...