— Już nie mój! Zresztą Wiktor jest właścicielem: nie ja. Co było moje: fiu! poszło w świat.
— Mama by ci nie dała zginąć.
— Ee! Te wszystkie akcje skierowane są na Wiktora. Ja zawsze byłem enfant terrible22. Ochrzczony tak niegdyś, zastosowałem się do nazwy.
— Wszystko to... możliwe, tylko ruleta zbyteczna — rzekł Waldemar. — Kto cię do tego wciągnął?
— Własny przemysł! Chciałem dużo wygrać i lazłem. A to... ciągnie. Sto razy przysięgałem sobie i Stalskiemu, temu brunetowi, co to wuj wie, że nie będę grał. Ale gdzie tam! Człowiek jak bydlę...
Zaśmiał się swobodnie i przeciągle.
— Nareszcie Stalski odetchnął. Wyjechał do Warszawy, szczęśliwy, żem uratowany. Ciągle mnie pilnował, abym kulki do mózgu nie zaprosił.
Na parę dni przed wyjazdem z Nicei Bohdan spochmurniał. Był milczący, opryskliwy. Ordynat odkrywał w nim coraz to nowe cechy Michorowskich, lecz nieposkromione żadnym wędzidłem. Nie mógł pojąć, co mu jest, pytać zaś nie chciał. Nareszcie chłopak przemówił. Miał minę niezwykle wahającą się.
— Wuju! Mam do ciebie... jedną... prośbę. Wyjeżdżam z Nizzy23; ale cóż będzie z Anną?
— Aa!! Więc jest i Anna?!