— Bo widzę, że pan zirytowany.

— Ach tak! Pani to zauważyła? Jestem nawet wściekle zły, lecz nie z powodu wieści z Głębowicz. Rozmawiałem z dziadkiem, opowiedział mi wszystko...

Mgła przesłoniła oczy dziewczyny. Niezmierna przykrość odbiła się na jej twarzy.

Była chwila kłopotliwego milczenia.

— Więc nie zostaje pan? Zatem do widzenia — rzekła Stefcia, wyciągając rękę.

Waldemar ścisnął ją w swej dłoni i nie puszczając, rzekł dziwnie miękko:

— Niech pani będzie spokojna. Domyślałem się wiele, teraz wiem wszystko i dołożę wszelkich starań, aby się pani więcej nie męczyła...

— Dziękuję panu. Tu głównie chodzi o Lucię.

— Najwięcej o panią. Tamto dzieciństwo prędko przeminie bez poważniejszych następstw. Niech pani nie bierze tego tak tragicznie. Swoją drogą dołożę starań, aby w Słodkowcach zapanowała dawna swoboda.

Stefcię przestraszyły te słowa.