— Ależ ja nie chcę, aby z mego powodu wynikły jakieś nieporozumienia... Nie chcę mu... nie chcę nikomu szkodzić.

Była ogromnie zmieszana, bo Waldemar nie puszczał jej ręki. Chciała ją wysunąć, lecz ujął ją jeszcze mocniej.

— Niech pani mi wierzy i ufa — rzekł stanowczo. — Postąpię, jak można najtaktowniej. Ale wyjazd tego pana wszystkim poprawi humory, nie wyłączając zbłąkanej Luci, a już mnie bez kwestii.

Wesoło spojrzał w jej oczy i rzekł:

— Czas jechać. Do widzenia! Niech pani się niczym nie martwi, proszę bardzo.

Skłonił się i wyszedł.

— Jaka szlachetna i jaka śliczna! — szepnął w korytarzu.

Stefcia powróciła do siebie. Wzięła książkę ze stolika i otworzyła, chcąc czytać, lecz myśli plątały się, nie rozumiała ani słowa. W uszach brzmiał jej niski głos Waldemara, na ręce czuła uścisk jego dłoni. Siedziała nieruchomo, w obawie spłoszenia błogiego spokoju.

Rozległ się łoskot samochodu, głos na ganku i zapadła cisza.

— Pojechał — szepnęła do siebie Stefcia. — Ale jacy to inni ludzie: ten i tamten.