Pani Idalia zwróciła się gwałtownie na krześle ku Jacentemu i spod przymrużonych powiek spojrzała na niego bacznie.
— Pan Prątnicki... karą czwórką... do miasta?
— Tak mówi stangret.
— Rządca wiedział od rana, że pojadę. Jakże mógł dać te konie?
— Pan praktykant powiedział, że jaśnie pani pojedzie gniadymi.
— To nie może być! — zawołała wzburzona baronowa. — Niech Benedykt przyjdzie do kredensu119.
Jacenty wyszedł.
Pani Idalia powstała z krzesła, szarpiąc nerwowo rękawiczki.
— Skandal! — wołała do siebie. — Ja dysponuję konie, a mnie powiadają, że koni nie ma? On za wiele sobie pozwala. Waldy go rozzuchwalił. To do niczego niepodobne. Voilà qu’ il est ridicule!120...
Wzburzenie jej rosło.