Tymczasem przed stajnią zebrała się narada. Jacenty, Benedykt i kilku stajennych mieli miny zakłopotane. Szukali rządcy, ale Klecz wyruszył w pole.
Nie było rady, trzeba iść do pałacu.
Gdy Benedykt z Jacentym weszli w obręb dziedzińca, stangret zdrętwiał z przestrachu.
Dokoła gazonu121 pokojowiec oprowadzał karego wierzchowca z Głębowicz. Przyjechał ordynat...
— No! — zawołał Benedykt. — Jaśnie pan zawsze przyjeżdża wtedy, jak się go nikt nie spodziewa, ale dziś to już trafił!
Waldemar zastał ciotkę bardzo rozgniewaną. Ledwo raczyła się z nim przywitać.
— Co się stało? — spytał zdziwiony.
— Widzę, że ten twój protegowany ma tu większe prawa ode mnie. A, tegom się nie spodziewała!
Waldemar słuchał spokojnie, chodząc po pokoju. Gdy skończyła, parsknął śmiechem.
— Mój protegowany! Paradna jest ciocia. Nie wiem, kto go dotychczas protegował więcej. Z pewnością nie ja.