— Tak, tak... to właśnie! — zawołał Waldemar, podchwytując myśl ciotki, która nagle zbladła.

— On śmiał marzyć o Luci?

— O, dlaczegóż by nie? On jest bardzo odważny.

— To niemożliwe!... Nie, nie! To by było szczytem zuchwalstwa! — mówiła pani Idalia wzburzonym głosem.

— Moja ciociu! On miał twoją protekcję, czegóż potrzeba więcej? Może śmiało powiedzieć: veni, vidi, vici123 — drwił Waldemar.

Ciotka spojrzała na niego.

— Skąd wiesz o tym, Waldy? — spytała nieufnie.

— Od dziadka, który jest lepszym badaczem od cioci. Zresztą i sam widzę dużo.

Pani Elzonowska poruszyła się gwałtownie na krześle.

Waldemar chodził po pokoju. Myśli rozsadzały mu głowę. Przede wszystkim jedna: że choćby nawet Prątnicki był innym człowiekiem i kochał Lucię, nie dano by mu jej dlatego, że należy do „niższej” sfery społecznej.