— Co za barbarzyński przesąd! — mówił sobie w duchu. — Więc ona, Elzonowska, nie może zostać żoną Prątnickiego dla nazwiska. Jakież to dzikie!... I ja sam do tego dopomagam. Dajmy na to, że dla wielu przyczyn. Za Prątnickim nie przemawia nic prócz dziecinnego zadurzenia się Luci. Lecz gdyby Prątnicki był innym człowiekiem, nie byłoby w Słodkowcach Stefci... I tu także inna sfera... Przekleństwo! — szepnął do siebie.
Baronowa ocknęła się z odrętwienia.
— Powiedz mi, Waldy, dlaczego mówiłeś przed chwilą, że ja i ten... Prątnicki zrobiliśmy ci przysługę — spytała.
Waldemar przesunął ręką po czole, jakby odpędzając od siebie natrętne myśli.
— Bo ja czekam sposobności, żeby uwolnić się od niego.
— Ach, rozumiem! I sposobność znalazłeś. To bardzo dobrze!
— Chyba ciocia nie myśli, że głównym powodem będzie jego spacer dzisiejszy.
— A cóż więcej?
— Jak to co? Czy ciocia życzy sobie, aby on tu nadal pozostał?
— Wobec tego, o czym się dowiedziałam, broń Boże! Ale przecie mu wyraźnie drzwi wskazać nie możesz.