Obejrzał się.
— Rozmawiają z sobą...
Wtem konie szarpnęły gwałtownie. Ordynat ściągnął lejce, aż kopytami wryły się w ziemię, i strzelił z bata z niesłychaną irytacją.
Na breku powstał krzyk.
— Konie ponoszą! — krzyczała hrabianka.
— Waldy, co robisz? — wtórowała Lucia.
Panna Rita patrzała na Waldemara spod rzęs i stopniowo twarz jej traciła kolory, usta zaciskały się bólem.
— Niech pan stanie — szepnęła — ja przesiądę się.
— Nie stanę, bo rozhukałem konie. Proszę się nie ruszać.
Rozkazujący ton jego głosu podziałał na nią dziwnie. Doznała nieokreślonego wrażenia. Usta jej zadrgały, na bladą twarz wystąpiło kilka różowych plamek, zdawała się wahać nad czymś, wreszcie spytała swobodnie: