— Z mego powodu? Jakim sposobem? — spytała Stefcia zdziwiona.

Waldemar uśmiechnął się.

— A choćby dlatego, że te ukwiecone własne łany mogę pani pokazać, że panią wiozę do siebie. Czy to samo nie może już dać pewnej dozy zadowolenia?

Spojrzała mu prosto w oczy.

— Takie niepodobne do pana to, co pan powiedział — rzekła poważnie.

Popatrzał na nią ciekawie.

— A do kogo? — zapytał.

— Choćby do pana Szeligi, bo ja wiem zresztą.

— Niech mi to pani wytłumaczy.

— Po co, kiedy pan sam doskonale to rozumie.