Wyglądało to, jakby przyjął walkę.
Partia się zaczęła. Rita grała gorączkowo i z irytacją. Gniewał ją spokój Waldemara, który wszystkie jej ciosy odbijał zręcznie, prawie mechanicznie, z zimną krwią. Rzucane przez nią piłki zdawał się lekceważyć, mimo to nigdy nie chybił, a całą uwagę zwróconą miał na grę Stefci. Czuwał nad każdym jej ruchem. Wiluś, zły, nie ukrywał swego humoru, grał impetycznie. Lecz towarzystwo przyglądało się głównie Stefci. Dziewczyna podniecona, wesoła, grała z życiem. Ruchy miała swobodne, wdzięczne już z natury. Czasem podskakiwała w górę, biegnąc jak strzała do piłki, czasem wydawała przeciągły okrzyk, gdy dobrze trafiła.
Waldemar robił jej uwagi, które ją aż zniecierpliwiły.
— Niech mnie pan nie poprawia, ja i sama umiem grać.
— Oto wdzięczność niewieścia za dobre chęci — zaśmiał się ordynat.
— A pewnie. Bo jak wygram, to całą zasługę pan sobie przypisze.
— Pani już wygrała. Teraz na mnie kolej.
— Mój panie, co to za konszachty? — zawołała panna Rita. — Ot, ma pan!
Cisnęła piłkę z taką siłą, że ta potoczyła się na brzeg placu. Stefcia krzyknęła, podbiegła pędem i w samą porę odbiła piłkę pod nogi Wilusia.
— Uratowałam pana! — zawołała, chwytając prędko powietrze.