— Przeczuwam!...
— Co to! Muzyka? — zawołała Stefcia.
Wszyscy podnieśli głowy.
Od zwierzyńca dolatywały ciche dźwięki strun i nagle buchnął grzmot instrumentów. Odezwała się orkiestra szumną fanfarą, sunąc po falach dźwiękliwie. Masa tonów zgodnym i wspaniałym hejnałem płynęła ponad lśniącą wodą, bijąc o burty pąsowej i błękitnej łodzi.
Wszystkie twarze uśmiechnęły się, oczy błyszczały wesoło. Chwilę trwała cisza, po czym pytania i wykrzykniki rozległy się jednocześnie:
— Nowa niespodzianka ordynata!
— To głębowicka orkiestra.
Stefcia, rozpromieniona, zdwoiła pęd łódki. W oczach jej błyskały skry.
— Kocham muzykę, ale dla jej miłości nie myślę tonąć. Panno Stefanio, co pani robi? Wypadniemy! — krzyczał Trestka.
— Nic, nic, panie hrabio. Ja płynę w takt.