— Ba! od dawna.

— Od paru dni — poprawił Waldemar — bo się to stało na wystawie. Dobrze jednak, że wśród nas baron Z. nie ma przyjaciół: za tytuł, jaki mu ofiarowałeś, mógłbyś wpaść w kabałę.

— Kto by się tam za nim ujął? Ale jak to uważacie?

— Uważam, że mimo wszystko dobrześ go określił — rzekł Waldemar. — Baron popełnił głupstwo podwójne — raz, że kupił brylanty za bajeczną cenę i nie znając się, przegalopował, a po wtóre — nie było dla kogo.

— Przeciwnie — rzekł Żnin — szykowna facetka i piękna jak odaliska299... jak Wenus.

— Wenus w skórze prostej awanturnicy, ogródkowej szansonistki! Słaby gust! — drwił Michorowski.

— Mój drogi! Nie każdy może sobie pozwolić na królewny — rzekł Brochwicz.

— Cóż to znaczy?

— Nic... to, że baron Z. wolał szansonistkę niż królewnę.

— Tyś już tęgo pijany! — powiedział ostro ordynat.