— Bo sami powiedzcie, czego napadacie na biednego barona za to, że mu się podobała taka właśnie, a nie inna? — żalił się płaczliwym głosem Brochwicz.
— Sam go przecie nazwałeś poliszynelem.
— Brochwicz jest niepoczytalny — zawyrokował Trestka.
— Owszem, wiem, co mówię: baron swoim czynem...
— Dowiódł stopnia swego umysłowego rozwinięcia — dokończył Waldemar. — On ma rozmiękczenie mózgu, skompromitował kółko arystokracji, z której pochodzi. Przyjechał, porobił znajomości i raz, dwa, trzy — kupił brylanty pierwszej spotkanej baletniczce. Jedyną ma zasługę, że będą miały o czym rozprawiać tutejsze dewotki, mocno zgorszone jego czynem, o którym jednak wiedzą, jak o każdej nowinie... A stanowią one tu osobną, dość liczną kolonię.
— Aaa! — ziewnął szeroko Brochwicz. — Waldy, teraz wszystko krytykujesz. Dawniej byłeś towarzyszem co się zowie... w Paryżu, pamiętasz? Teraz z ciebie filister300.
— Jurek, zaśpiewaj nam co — zaprojektował Trestka.
— Małgorzatę, z tobą do chóru. Chcesz?...
— Dajże pokój!
— Śpiewam! — zawołał Brochwicz.