— Może i jestem wybredna, lecz... tam, gdzie przestaję taka być, tracę zwykłą odwagę i wówczas zapewne mam bardzo naiwną minę.
W oczach ordynata błysnął promień radosny.
Ogarnął ją pieszczotliwym wzrokiem.
— Nie naiwna, broń Boże, ale zakłopotana — i to na panią rzuca dziwnie ładny refleks, wzruszający. To stanowi doskonały kontrast ze zwykłą pani wesołością i swadą. Trudno się domyślać, że jej wdzięczna zuchowatość może mieć takie chwile, jak obecna, i... śliczne.
Stefcia spojrzała na mówiącego. Po twarzy jej przebiegła jasna błyskawica rumieńca, charakterystyczna u niej, a zawsze czarująca Waldemara.
— Zdaje mi się, że pan...
— Wkracza w zarozumiałość? Sama mnie pani do tego upoważniła, niechcący naturalnie. Ja zaś pochlebiam sobie, że w oczach pani mam nieco więcej szans od hrabiego z monoklem, Wilusia i Trestki.
Stefcia uśmiechnęła się.
— Trzeba przyznać, że nie wybrał pan zbyt silnych przeciwników. Tu zarozumiałość pańska trochę blednie.
Waldemar skłonił głowę wytwornym ruchem. Był to rodzaj podziękowania.