Machnęła ręką zniechęcona.

— Moja babciu! Czy Michorowski ma się koniecznie oglądać na parantelę?... Czy ten szczegół ma być nieodzowny w wyborze żony?... My już mamy dosyć świetnych nazwisk. Na partie oglądali się moi dziadowie i pradziadowie, niechże mi będzie nareszcie dozwolone pominąć ten szanowny tradycyjny punkt i zostać szczęśliwym. Dotychczas nasze kroniki rodzinne mówią wiele o szumnych partiach, ale o szczęściu milczą zagadkowo. Ja chcę rozświetlić ten jedyny cień na ich szpaltach.

— Przesadzasz, Waldemarze! Twoi przodkowie żenili się stosownie i bywali szczęśliwi.

Ordynat wzruszył ramionami.

— Wiem, że pradziad Andrzej ożeniony z hrabianką Esterhazy, spokrewnioną z Habsburgami, chciał się z nią rozwodzić mimo jej bogactw i piękności. Wiem, że dziadek Maciej ze swą francuską księżniczką byli razem parą najnieszczęśliwszych ludzi i że mój ojciec z księżniczką Podhorecką również do szczęśliwych się nie zaliczali.

— Twoi rodzice kochali się, ale byli różnych pojęć — to ich dzieliło.

— Zawsze jednak jakieś „ale” stanęło na drodze. Zresztą, o ile wiem, mama, wychodząc za mąż, kogo innego nosiła w sercu.

— Ach, to dzieciństwo!

— Dzieciństwo? Łatwo to powiedzieć! Ale ono niesłychanie przeszkadza, są dowody na mamie i na dziadku Macieju. W jego młodości takie dzieciństwo zatruło późniejsze życie.

Zaczął chodzić po pokoju.